
"No, coś kojarzę, kojarzę. Bum, bum [przytup nóżką]. Nie, kurwa, nie wiem - co to jest?" - kolega BeBe na dźwięk Electricity.
Idąc chlubną tradycją hasła przyświecającego całości projektu Kabaragaj, tzn. "nie znamy się na muzyce i gówno wiemy", oraz "lenistwem maturalnym" [szukanie zajęcia byle nie siadać do tego mającego osiemset stron vademecum historycznego] piszę ową recenzję. OMD to zespół zabawny, dziwny i jednocześnie, mimo wszystko, nie szablonowy. Zaaferowany pewnego pięknego dnia, kiedy to rodzic mój, płci męskiej, słuchał całkiem konkretnego kawałka z zabawnymi klawiszami, spojrzałem na okładkę płyty której słuchał. I nie dość, że widzę tam napis "Fac 6", czyli, że Tony Wilson maczał w tym palce, to jeszcze taka zajebiście długa i debilna nazwa, trudna do napisania - Orchestral Manoeuvres in the Dark. Co miałem innego zrobić - jak podarować tacie płytę debiutancką, coby sobie przypominał lata młodości, a sam - słuchać jej po kryjomu, żeby siary nie było.
O OMD nie pamięta chyba już nawet najstarszy góral. Zespół współtworzył, podobno, tzw. new romatnic, chociaż do tego gatunku nie bardzo się wpasowywał. Z jednej strony mieliśmy tutaj produkcję perkusji i basu typową dla muzyki post-punkowej z okresu Joy Division czy A Certain Ratio bądź Danse Society - ale z drugiej, słodziutkie klawisze, które cechowały wczesne dokonania zespołu Depeche Mode czy Alpaville. Chłopaki łączyli w sobie fascynację punkiem '77 i muzyką Briana Eno. Połączyli to w jedno i wyszła trochę mieszanka wybuchowa - ale na pewno przebojowa, taneczna i całkowicie nieszablonowa. Choć na późniejszych płytach już nawet trochę eksperymentowali (Architecture & Morality i "Maid of Orleans).
Nie powiem nic nowego - debiut to płyta ważna. O ile nie najważniejsza. Umieszcza zespół w szufladce, pozwala zdobyć fanów i wyznacza kierunek w którym owy zespół będzie szedł. Z OMD nie było inaczej. Nie skończyli się na Kill 'Em All.
Większość kompozycji na Orchestral Manoeuvres in the Dark to kompozycje oparte na trzech instrumentach - syntezatorze, elektronicznej perkusji i basie. Mało w tym wszystkim gitary, bądź innych instrumentów. Muzyka jest oszczędna i w swojej wymowie nawiązuje do wcześniej użytego przez jestera porównania - gierek na pegazusa. (Pegazusologia - nauka zajmująca się badaniem wpływu oraz zależności zachodzących pomiędzy 8-bitowymi grami, a muzyką. Zapoczątkowana przez Jestera, wałkowana jest przez innych twórców Kabaragaja). To w większości przypadków bardzo chłodne, elektroniczne kompozycje, nawiazujące trochę do twórczości post-punkowych zespołów, ale zapowiadające także przyszłe pokolenia elektronicznych grup (The Messerschmitt Twins przypomina mi jakiś kawałek DM tylko nie mogę skojarzyć jaki. McCluskey śpiewa nawet podobnie do Gahana).
Różnorodność kawałków raczej jest mierna. To zwykle kompozycje podobne do siebie, tworzone wydawałoby się - na jedno kopyto - jednak potrafiące zaskoczyć. OMD na siłę wciska się w nurt new romantic, który w swojej wymowie był bardzo infantylny i niezmienny. Ja osobiście OMD wyciągnąłbym stamtąd za uszy i wsadził do nowej fali(tak wiem, jester - to się zawiera.). Dlaczego? Nawet warstwa tekstowa utworów OMD różni się od większości zespołów new romantic, nie mówiąc już o późniejszych próbach eksperymentalnych, gdzie nawiązywali nawet do klasycznych zespołów progresywnych (na rzeczonym Architecture & Morality). Gdy słucham ich debiutu z jednej strony - zlewa mi się to wszystko w masę podobnych piosenek, z drugiej jednak strony - jest to muzyka, która w momencie wsłuchania się - staje się bardziej klarowna. Kompozycje wydają się spójne. Czuć w tym wpływ Eno, czuć w tym Numana, czuć też Joy Division, Danse Society, a nawet Bauhaus. Kawałki takie jak "Messages", wymieniane już bliźniaki, czy "Electricity" mogą przypominać, co śmieszne - późną twórczość Depeche Mode. Inna ciekawa sprawa - na tej płycie znajduje się cover "Waiting for the Man" Lou Reeda. Intresująca, stricte elektroniczna interpretacja. A ja zastanawiałem się, czemu przypomina mi to "Nie wiem co to sen" Elektrycznych Gitar.
Dla mnie jest to album całkiem konkretny. Może i trochę archaiczny, zabawny, ale konkretny. Słucham go z przyjemnością. Dla rodziców także. Miło im jest, że zamieniłem zespoły o zapędach satanistycznych na zespoły o przeszłości wisielczo-elektroniczno-punkowej. I git.
Ps. Gro i Jester jak to przeczytają to się porzygają.






