piątek, 23 października 2009

Orchestral Manoeuvres In The Dark (OMD) - Orchestral Manoeuvres In The Dark



"No, coś kojarzę, kojarzę. Bum, bum [przytup nóżką]. Nie, kurwa, nie wiem - co to jest?" - kolega BeBe na dźwięk Electricity.

Idąc chlubną tradycją hasła przyświecającego całości projektu Kabaragaj, tzn. "nie znamy się na muzyce i gówno wiemy", oraz "lenistwem maturalnym" [szukanie zajęcia byle nie siadać do tego mającego osiemset stron vademecum historycznego] piszę ową recenzję. OMD to zespół zabawny, dziwny i jednocześnie, mimo wszystko, nie szablonowy. Zaaferowany pewnego pięknego dnia, kiedy to rodzic mój, płci męskiej, słuchał całkiem konkretnego kawałka z zabawnymi klawiszami, spojrzałem na okładkę płyty której słuchał. I nie dość, że widzę tam napis "Fac 6", czyli, że Tony Wilson maczał w tym palce, to jeszcze taka zajebiście długa i debilna nazwa, trudna do napisania - Orchestral Manoeuvres in the Dark. Co miałem innego zrobić - jak podarować tacie płytę debiutancką, coby sobie przypominał lata młodości, a sam - słuchać jej po kryjomu, żeby siary nie było.

O OMD nie pamięta chyba już nawet najstarszy góral. Zespół współtworzył, podobno, tzw. new romatnic, chociaż do tego gatunku nie bardzo się wpasowywał. Z jednej strony mieliśmy tutaj produkcję perkusji i basu typową dla muzyki post-punkowej z okresu Joy Division czy A Certain Ratio bądź Danse Society - ale z drugiej, słodziutkie klawisze, które cechowały wczesne dokonania zespołu Depeche Mode czy Alpaville. Chłopaki łączyli w sobie fascynację punkiem '77 i muzyką Briana Eno. Połączyli to w jedno i wyszła trochę mieszanka wybuchowa - ale na pewno przebojowa, taneczna i całkowicie nieszablonowa. Choć na późniejszych płytach już nawet trochę eksperymentowali (Architecture & Morality i "Maid of Orleans).

Nie powiem nic nowego - debiut to płyta ważna. O ile nie najważniejsza. Umieszcza zespół w szufladce, pozwala zdobyć fanów i wyznacza kierunek w którym owy zespół będzie szedł. Z OMD nie było inaczej. Nie skończyli się na Kill 'Em All.
Większość kompozycji na Orchestral Manoeuvres in the Dark to kompozycje oparte na trzech instrumentach - syntezatorze, elektronicznej perkusji i basie. Mało w tym wszystkim gitary, bądź innych instrumentów. Muzyka jest oszczędna i w swojej wymowie nawiązuje do wcześniej użytego przez jestera porównania - gierek na pegazusa. (Pegazusologia - nauka zajmująca się badaniem wpływu oraz zależności zachodzących pomiędzy 8-bitowymi grami, a muzyką. Zapoczątkowana przez Jestera, wałkowana jest przez innych twórców Kabaragaja). To w większości przypadków bardzo chłodne, elektroniczne kompozycje, nawiazujące trochę do twórczości post-punkowych zespołów, ale zapowiadające także przyszłe pokolenia elektronicznych grup (The Messerschmitt Twins przypomina mi jakiś kawałek DM tylko nie mogę skojarzyć jaki. McCluskey śpiewa nawet podobnie do Gahana).

Różnorodność kawałków raczej jest mierna. To zwykle kompozycje podobne do siebie, tworzone wydawałoby się - na jedno kopyto - jednak potrafiące zaskoczyć. OMD na siłę wciska się w nurt new romantic, który w swojej wymowie był bardzo infantylny i niezmienny. Ja osobiście OMD wyciągnąłbym stamtąd za uszy i wsadził do nowej fali(tak wiem, jester - to się zawiera.). Dlaczego? Nawet warstwa tekstowa utworów OMD różni się od większości zespołów new romantic, nie mówiąc już o późniejszych próbach eksperymentalnych, gdzie nawiązywali nawet do klasycznych zespołów progresywnych (na rzeczonym Architecture & Morality). Gdy słucham ich debiutu z jednej strony - zlewa mi się to wszystko w masę podobnych piosenek, z drugiej jednak strony - jest to muzyka, która w momencie wsłuchania się - staje się bardziej klarowna. Kompozycje wydają się spójne. Czuć w tym wpływ Eno, czuć w tym Numana, czuć też Joy Division, Danse Society, a nawet Bauhaus. Kawałki takie jak "Messages", wymieniane już bliźniaki, czy "Electricity" mogą przypominać, co śmieszne - późną twórczość Depeche Mode. Inna ciekawa sprawa - na tej płycie znajduje się cover "Waiting for the Man" Lou Reeda. Intresująca, stricte elektroniczna interpretacja. A ja zastanawiałem się, czemu przypomina mi to "Nie wiem co to sen" Elektrycznych Gitar.

Dla mnie jest to album całkiem konkretny. Może i trochę archaiczny, zabawny, ale konkretny. Słucham go z przyjemnością. Dla rodziców także. Miło im jest, że zamieniłem zespoły o zapędach satanistycznych na zespoły o przeszłości wisielczo-elektroniczno-punkowej. I git.




Ps. Gro i Jester jak to przeczytają to się porzygają.

czwartek, 1 października 2009

Brian Eno "Music for Airports"















"W styczniu 1975 roku miałem wypadek samochodowy. Nie byłem ciężko ranny, ale musiałem leżeć w łóżku na wznak i byłem unieruchomiony. Moja przyjaciółka, Judy Nylon, odwiedziła mnie wtedy i przyniosła płytę z XVIII-wieczną muzyką na harfę. Kiedy już wyszła, z wielkim trudem nastawiłem płytę i położyłem się z powrotem. Okazało się, że wzmacniacz nastawiony był na minimalną głośność i jeden kanał był kompletnie głuchy. Ponieważ nie miałem siły, by się podnieść i wyregulować głośność, dźwięki dochodzące z głośnika były na granicy słyszalności. Wtedy zdałem sobie sprawę, iż można słuchać muzyki w zupełnie inny sposób: traktować ją jako element otoczenia, w ten sam sposób, co kolor światła i dźwięk deszczu" - Brian Eno

Witam Was wszystkich, Drodzy Czytelnicy, wytrwale poszukujacy na Kabaragaju kolejnych notek, których mimo upływu czasu nie przybywało. Kolega Ass, który - jak oficjalnie ogłosił - rzucił internet, uraczył Was paroma reckami z pogranicza bluesa i gej-rocka, czy co to tam było. Ja Wam opowiem o czymś z nieco innej półki. Bedzie klasyka: Brian Eno i jego "Muzyka dla Lotnisk".

Generalnie za twórcę muzyki ambient uważa się Eno własnie, choc podwaliny pod gatunek podłozyli zarówno Erik Satie, jak i Popol Vuh czy Klaus Schulze. Oraz może najbardziej Walter Carlos ("Sonic Seasonings" oparta na rozlazłych elektronicznych kompozycjach z dźwiękami natury w tle). W pełni ideę rozwinął jednak własnie Eno, nazwał rzeczy po imieniu i chwała mu za to.

Ambient w założeniu miał byc "muzyką tła", czyli czymś co nie angażuje emocjonalnie ani intelektualnie, a zarazem wprowadza w konkretny nastrój. Jest to muzyka "klimatyczna", spotyka sie też pojęcie "relaksacyjna" (te wszystkie tanie płyty z hipermarketów może nie brzmia tak samo, ale raczej mają podobna role do spełnienia). Żeby taki szczytny cel osiagnąć pozbyć się trzeba rytmu i melodii, albo przynajmniej zachować w tych kwestiach umiar. Nie chodzi bynajmniej o to by słuchacz usnął. Znowu posłużę się mądrym cytatem, tym razem z wkładki do "Music for Airports" (a co, niech autor powie sam, co miał na mysli), wybacznie moje kulawe tłumaczenie:


"muzyka Ambient musi być zdolna pomieścić wiele poziomów uwagi sluchacza bez wyszczególniania żadnego z osobna; musi być zarówno łatwa do zignorowania jak interesujaca"

Jest jeszcze jedna ważna i ciekawa anegdota, którą warto w tym miejsci przytoczyć. Dotyczy ona konkretnych intencji powstania albumu. No cóż, nie popiszę sie i tym razem zdolnosciami pisarskimi (a może ich po prostu nie mam i tak się sprytnie zaslaniam). Znowu pozwolę Brianowi powiedzieć samemu, co też mu się przytrafiło:

"Pomysł pojawił się, gdy byłem na pięknym lotnisku w Kolonii, które jest naprawdę wspaniałym budynkiem. Pewnego niedzielnego poranka to miejsce było pięknie oświetlone, wszystko było piękne. Z wyjątkiem odtwarzanej muzyki, która była okropna. Wtedy przyszło mi do głowy, że coś tu jest nie tak, skoro ludzie zupełnie nie myślą o muzyce w takich sytuacjach. Wydaje się miliony funtów na architekturę, właściwie na wszystko, ale z wyjątkiem muzyki. Muzyka sprowadza się do tego, że ktoś przynosi taśmę ze swoimi ulubionymi kawałkami z tygodnia, puszcza ją, a całe lotnisko jest wypełnione tym dźwiękiem. Wtedy to pomyślałem, że pisanie muzyki dla przestrzeni publicznych mogłoby być interesujące. [...]
Uważałem wtedy, że wszystko, co związane z lataniem jest jakąś formą oszustwa. Kiedy wchodzisz na lotnisko lub do samolotu zawsze usłyszysz jakieś radosne melodie. Jakby chciano ci powiedzieć: nie zginiesz, nie będzie żadnej katastrofy, nie masz się czym przejmować. Pomyślałem, że to kompletnie złe podejście. Pomyślałem, że znacznie lepiej byłoby słyszeć muzykę, która mówi: cóż, jeśli nawet zginiesz, to nie ma to aż takiego znaczenia. [...] Zamiast trywializować całą sprawę, chciałem podejść do tego poważnie. [...]"


Tyle czytania, a dalej nie wiadomo, co jest na tej płycie, prawda? Otóż może niektórych rozczaruję: nie dzieje sie niemal nic. Ale to "nic" jest błogosławieństwem. Ta płyta jest masakrycznie minmalistyczna. nie tak minimalistyczna jak dajmy na to Steve Reich (ktory mógł przez godzinę powtarzać tę sama melodię, ale za każdym razem inaczej i bogato ją aranżując). Eno rzuca na tacę zalediwe kilka dźwięków. Po kolei: "1/1" - pianino (autostwa Roberta Wyatta ;) ) i syntetyzator. Spokojna, delikatna muzyka z ciepła melodią. Mimo, że dzisiaj pogoda nie dopisywała, gdy słuchałem tych dźwięków przed oczami miałem słoneczny dzień. "2/1" - tylko głos, jakieś westchnięcia, może baardzo ascetyczna forma chóru. "1/2" - łączy oba poprzrednie kawałki (głos + pianino). Bardzo smutna melodia wprowadza w stan melancholii i refleksji. "2/2" - tylko syntetyzator, nieco podniosła melodia (może nawet fanfary, ale w bardzo delikatnym wydaniu). Wszystko.

To bardzo naturalna muzyka. Nic jej nie spieszy. Niczym nie jest ograniczona. W swoich czasach musiała być zaiste oksymoronem. W czasach rewulucji punk i industrial, w tym przemysłowym świecie odsyła do natury. Daje ukojenie zmęczonym nerwom. Pozwala odkryć prawdziwe piękno - nie to narzucające się, tylko zwykłe, codzienne. Uczy zachwytu nad drobiazgami. Pobudza do refleksji. Stawia pytania na temat sensu życia. Wreszcie zwyczajnie wprowadza w dobry nastrój i umila czas. Bardzo dużo jak na jedna płytę, nieprawdaż?

!!!!

DO WSZYSTKICH ZAINTERESOWANYCH!
WRACAMY!
PEWNIE NA CHWILĘ!
ALE KOGO TO INTERESUJE?
ELEONORA.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

I znowu będzie o bluesie.

 


 
W bluesie zasadniczo to jest tak, że kilku zbieraczy bawełny napisało kiedyś kilka piosenek, o tym, że ciężko, że kobieta nie kocha, bije i się puszcza; że słońce za mocno świeci, a whisky rozcieńczają za dużą ilością wody; że to wszystko jest tak nie do zniesienia, że ohmylordsweetjesus; że czas podążać za starą dobrą tradycją, spakować bety i ruszyć do Kalifornii, bo tam pieniądze leżą na ulicach. I nawet podobno ktoś je widział.
Potem ci, którzy napisali te piosenki, umarli i pałeczkę przejęło nowe pokolenie, które nagrało wspomniane piosenki jeszcze raz, ale już z jakby mniejszym przekonaniem. Potem zaczął się bluesowy lans i wszystkie poważne zespoły grały bluesowe szlagiery w swoich wersjach, że już nie będę wytykał teraz palcem i krzyczał: „Led Zeppelin!”.
Nie muszę chyba dodawać, że szlagiery od stu lat pozostały te same?

 
Historia bluesa to jedno wielkie pasmo coverów. Na ogół nijakich lub mało odkrywczych, bądźmy tu szczerzy. Z tego wszystkiego wyłania się kilku utalentowanych białych muzyków, którzy potrafią (bądź potrafili – tu warto wspomnieć chociażby niepoprawnego szpanera Stevego Raya Vaughana) zagrać dobrą solówkę i z dwuminutowego utworku o niespełnionej miłości umieją uczynić półgodzinny koncert gitarowy. Co jest przyjemne, ale jednak szybko się nudzi, nawet pomimo tytanicznych wysiłków Erica Claptona, który co roku poddaje recyclingowi kolejnego starego Murzyna i jego przemyślenia na temat kobiety, która nie kocha, bije i się puszcza.
 
I po tym przydługim wstępie przechodzimy do Hoochie Coochie Men.
Ich trzypłytową koncertówkę kupiłem w ciemno, nie znając ani jednego kawałka – skusiła mnie setlista (same standardy, które lubimy), klimaciarska okładka, stylowa bluesowa nazwa i nazwisko Jona Lorda na okładce. I tu zaczyna się najlepsze.
Są to covery, tak. W końcu to blues. Różnica polega jednak na tym, że są to utwory przearanżowane tak, by zrobić miejsce organom. Wnosi to dużo świeżego powietrza w te biedne piosenki, maltretowane na to samo kopyto od czasem nawet 80 lat i sprawia wrażenie, jakby słuchało się czegoś zupełnie nowego – a jednocześnie działa tu stara zasada „znam i lubię”. Nie będę oszukiwać – gitarzysta jako solista jest cienki i jeśli czasem zagra solówkę, to tylko z grzeczności względem oryginalnej wersji, a i to bez przekonania. Basista nie wyróżnia się jakoś szczególnie, aczkolwiek nie można mu nic zarzucić. Pan od harmonijki jest bezbłędny i każdego poranka zazdroszczę mu wyczucia chwili. Lord zaś jest fenomenalny, zjawiskowy, natchniony, zachwycający, klimatyczny, eklektyczny, stary i wyciskający dech z piersi. (*) Kiedy czasem uderza brzmieniem zarezerwowanym normalnie dla jego macierzystej formacji, wielkie, spasione ciary wędrują wzdłuż kręgosłupa. Niechaj dana będzie próbka:
 

 
Chłopakom też się ten koncert spodobał, bo nagrali potem płytę studyjną. Z gościnnym udziałem niejakiego Iana Gillana (śpiewa tam lepiej, niż na polskim koncercie Deep Purple we Wrocławiu, słowo). Z rozmachu skowerowali nawet stonesowe Heart of Stone, dodając mu całkiem miłego pazura. I muszę przyznać, że nieźle im ta płyta wyszła – autorskie kompozycje dają radę, organy znowu z przodu, gitarzysta musiał kupić kilka DVD z nauką gry, bo potrafi już mnie miło zaskoczyć, wokal zadziorny (i to nie tylko tam, gdzie śpiewa Gillan). Jest parę mniej udanych kawałków, jasne, aczkolwiek wrażenia jak najbardziej pozytywne.
Serio, posłuchajcie se.
 
 
 

(*) Tu ciekawostka, dotycząca sformowania zespołu. Lord miał zagrać w Australii koncert w ramach jakichś wariacji na temat muzyki klasycznej, niestety – uszkodził sobie palec. Nie chciał jednak zawieść słuchaczy, więc pomyślał (zupełnie słusznie): „w takim razie pogram trochę bluesowych kawałków, wszyscy to lubią, a poza tym co to za filozofia właściwie? Zrobię to, grając tylko moim uszkodzonym palcem, a drugą ręką jednocześnie rozwalę ostatni level w Zumie”. I jak pomyślał, tak uczynił – zebrał kilku znajomych z podrzędnego australijskiego bluesowego coverbandu i zrobił z nich muzyków w jeden wieczór (poza gitarzystą, fakt).
Dowodząc przy okazji, że bluesa można grać nawet bez ręki. Ostatniego levelu w Zumie jednak nie przeszedł, bo okazało się, że nikt tego nie umie zrobić.



środa, 22 lipca 2009

Lepsze od oryginałów.



(Co, prawdę mówiąc, nie wydaje się szczególnym osiągnięciem).

piątek, 26 czerwca 2009

Wychodząc naprzeciw potrzebom społeczeństwa...


DOPISUJCIE MIASTA!

[*]

Blachownia. Hehe, rotfl, to przecież nie miasto.

poniedziałek, 11 maja 2009

Wielka Teoria Lesbijskiego Hard Rocka.


Jakiś miesiąc temu, kiedy na dobre wgryzałem się w tę (Never Turn Your Back on a Friend) płytę podczas podróży pociągiem relacji Częstochowa-Sosnowiec, ułożyłem sobie w głowie recenzję. Była to zgrabna recenzja, miała jednakże pewien istotny mankament w postaci błędnego Głównego Założenia, które zaś było takie, że oto wreszcie mamy poważny zespół hardrockowy z kobietą na wokalu. W moim chorym umyśle zaczęły kształtować się porównania z Grace Slick z Jefferson Airplane, w pewnym miejscu usłyszałem nawet duet wokalny (*), słowem: szaleństwo.
No niestety. Google po powrocie powiedziały, że wokalistka nazywa się Burke i jest mężczyzną.
Wielka Teoria Lesbijskiego Hard Rocka upadła.


Powinienem teraz napisać, że Budgie to taki fenomen, że lubią ich w Walii, w Anglii ktoś tam o nich podobno słyszał, w Stanach mają czterech fanów, a w Polsce są kultowi i nikt nie wie, jak to się stało (**). To i napisałem. Dodam jeszcze, że w roku bieżącym zespół dał bodaj dwanaście koncertów, z czego jedenaście u nas. Toteż sami rozumiecie, lubienie Budgie to patriotyczny obowiązek. Nie zapomnijcie ułożyć wielkiej flagi.

Przejdźmy jednak do rzeczy ważniejszych: atuty grupy.
Pierwszym, znanym już nam skądinąd (wstęp), jest wokalista o nietypowym głosie. Do zaakceptowania jego, nazwijmy to, umiejętności wokalnych wiedzie droga przez trzy odsłuchania albumu. Większy problem jest z jego aparycją, dlatego sugeruję osobom wrażliwym nieoglądanie zdjęć, które z całą brutalnością ujawniają, że pan Burke czas między nagrywaniem albumów i koncertowaniem umilał sobie chodzeniem do szkoły, w której koledzy z klasy bili go drewnianą ekierką i tłukli mu okulary na parapecie w kiblu. Powiedzmy dyplomatycznie, że widzieliście bardziej rock’n’rollowe postacie.
Drugim jest bas. Odpowiada za niego ten sam pan, co za wokal. I o ile jako wokalista wzbudza mieszane uczucia, o tyle jako instrumentalista sprawdza się znakomicie. Linie basu są wyraziste, wybijające się i naprawdę interesujące. Sam łapię się na tym, że częściej wsłuchuję się w nie, niż w partie gitary. Która również jest warta uwagi, o czym za chwilę.
A właściwie już.
Atut trzeci, czyli gitara. W „Baby Please Don’t Go” wywołuje przyjemne skojarzenia z DVD Led Zeppelin, częścią z Royal Albert Hall, by być precyzyjnym. W „Parents” pozornie leniwe, przejmujące zagrywki brzmią jak wyjęte z „Phoenixa” Wishbone Ash. Riffy są niesamowicie chwytliwe, niezależnie od tego czy pędzą na złamianie karku, jak w „Breadfan”, czy majestatycznie suną, jak w „You’re The Biggest Thing Since Powdered Milk” (***). Melodie akustyczne też dają radę i słucha się tego z przyjemnością.

Wady Never Turn Your Back on a Friend?
Jedna niewybaczalna. Perkusyjny wstęp do “You’re The…”. Perkusista ewidentnie poczuł się skrzywdzony, że poprzednia piosenka była całkowicie akustyczna i nie mógł sobie pobębnić, dlatego postanowił wysmażyć Najbardziej Gówniarskie Perkusyjne Solo W Historii Muzyki. Które rozwala, nawiasem mówiąc, nie tylko świetną piosenkę, ale i właściwie całą płytę (bo wypada toto mniej więcej w połowie albumu).
Jedna drobna. Obrobinę zbyt ogniskowe i z odrobinę przydługim refrenem (niezły wyczyn, jak na dwuipółminutowy kawałek) „Riding My Nightmare”. Da się to polubić, czepiam się.

Reasumując, przestańcie słuchać Breadfan w wersji Metalliki, która nie ma jaj (Metallica czy wersja?) i zapoznajcie się z pierwowzorem, by potem, tak jak Ass, umieścić tę płytę w swoim top 10. Byłbym zapomniał, bez skrupułów mogę wystawić mocne 9 i tym samym jeszcze bardziej wywindować średnią moich ocen. 

[A wszystko to z dedykacją dla Siły Dopingującej Assa Do Roboty.] 

 
A, jeszcze: słuchać w słuchawkach.
 
 
 
(*) W „You’re the Biggest Thing”, myślałem, że część od „What kind of a woman” śpiewa kto inny. Tym razem facet. Sami rozumiecie, nie od dziś król jest nagi, a Ass głóhy.
(**) Prywatnie podejrzewałbym Kaczkowskiego.
(***) Tak, tytuły piosenek to jedna z ich wad. Zaraz po nierokendrolowym wokaliście, ohydnych okładkach płyt i po tym, że nabrali mnie z tą wokalistką.