poniedziałek, 16 lutego 2009

Kompleks In Through the Out Door.

Niektóre zespoły się nie zmieniają, tłukąc album za albumem w stylu, który im leży i który – ot, miła niespodzianka – daje im pieniądze w ilościach wystarczających, by nie silić się na żadne wolty. Na ogół nagrywają Kill'em All jako pierwszą płytę, a potem tylko rozrzedzają go coraz większą ilością wody, aż do uzyskania tzw. efektu piątej wody po kisielu.

Niektóre rozwijają się stopniowo, album po albumie. Ich Kill'em All wypada w okolicy 6-7 płyty, potem przez chwilę trzymają poziom i albo się rozpadają, albo w tempie odwrotnie proporcjonalnym do tempa rozwoju wypalają się.
Niektóre zespoły zaczynają ostro, a potem mięknie im rura. Zaczynają od Kill'em All, by parę płyt później nagrać Nothing Else Matters i Mama Said. Po czterdziestce próbują udowodnić, że im jeszcze staje i nagrywają mizerne St. Anger, które raczej powinno mieć nie pięść, a niebieską tabletkę na okładce.
Są też zespoły, które nagrały Kill'em All, Never Mind The Bollocks i The Dark Side of the Moon, a w międzyczasie wydały na singlu „Dziwny jest ten świat”. Muzycy, którzy skaczą po stylach, każdą płytę nagrywają inną (albo chociaż dzielą swoją twórczość na wyraźne etapy, którym łatwo można nadać etykietki typu: „mroczny post-punk z lekką domieszką psychodelii, przepuszczone przez wrażliwość muzyczną spod znaku Roberta Wyatta”). Słuchamy dwóch płyt, które dzielą ledwie 2 lata (z których jedna to poetycki prog-rock, a druga jest hołdem dla popu lat 80) i zastanawiamy się, czy to aby ten sam wykonawca i czy przypadkiem ruska strona, z której ściągnęliśmy album, nie pomyliła tagów (Jezusmarianamoimlastfmbędąbłędy!!).
Są też zespoły, które nigdy nie nagrały nawet Kill'em All, ale te zespoły mamy w dupie. Przynajmniej chwilowo. 

Instrukcja obsługi:
1. Wieszaj psy na pierwszej grupie zespołów.
2. Wychwalaj pod niebiosa druga grupę.
3. Napisz ironiczny komentarz na trzecią grupę na swoim blogu, a potajemnie słuchaj tylko ich ballad.
4. Na czwartą zakrzyknij: „Całkowity chaos stylistyczny, absolutny brak pomysłu na siebie, nudne. A gitarzysta to trochę Hendrixem trąca”./”Fantastyczni pionierzy, tnący maczetami geniuszu skostniałe ramy współczesnej sceny muzycznej, skromni, nieszukający popularności, dalecy od spoczęcia na laurach Jurije Aleksiejewicze Gagarinowie muzyki, niewahający się oddać rzadkiego stolca nonkonformizmu na perskim dywanie wygodnictwa”. *
5. Piątą miej w dupie. Przynajmniej chwilowo.

Wszystko pięknie, niestety wszystkie cztery podejścia prędzej czy później kończą się katastrofą. Mark Knopfler nagra wreszcie nijakie Kill to Get Crimson, w którym nie zostanie już nic z ducha Dire Straits ani jakichkolwiek słuchalnych pierwiastków i na której nie uświadczymy już nic, czego wcześniej nie słyszeliśmy. Trzy czwarte Pink Floyd nagra A Momentary Lapse of Reason, które sprawi, że Roger Waters będzie płakał przez długie bezsenne noce nad tym, na jakie psy zszedł Jego Zespół. Nick Cave kiedyś szczęśliwie się zakocha, rzuci heroinę i nagra The Good Son **. Nasi pionierzy kiedyś skoczą w złym kierunku i fani wypną się na tę płytę, udając, że nigdy nie lubili tego zespołu. 

Strasznie korci mnie, by powiedzieć, że zeppelinowa fascynacja punkiem i odejście od bluesa było złe. Że umieszczenie piosenki reggae obok No Quarter było początkiem końca, przegięciem pały i że ciary na mojej dupie wywołane tymże faktem powodują ruchy sejsmiczne i małe tajfuny w Malezji. Że In Through the Out Door to smutny żart Johna Paula Jonesa, który niecnie wykorzystał fakt, że Page był wtedy wyjątkowo zaćpany i w nocy przemycił do studia syntezatory i sambę. Ale waham się, bo nie wiem czy Led Zeppelin odcinający kupony od trzech pierwszych - idealnych – płyt nie byłby jeszcze większą klęską i ile różnych wersji Since I've Been Loving You dałbym radę znieść. Prowadzi to do ciekawego pytania: który wariant muzycznego gonienia w piętkę jest najbardziej strawny dla słuchacza zakochanego bez pamięci w danym artyście? Który ze scenariuszy nie będzie kazał nam budzić się z krzykiem każdej nocy z pośladkami zroszonymi perlistym potem?
I jednocześnie zastanawiam się, czy jest jakiś zespół, który nie zjadł swojego ogona, nie wydał zupełnie niepotrzebnej/nudnej/wtórnej/niesatysfakcjonującej płyty, czy jest jakiś artysta bez swojego In Through the Out Door? Czy żeby zostać prawdziwą, nieskalaną żadną pomyłką legendą, trzeba nagrać jeden wielki album, spalić gitarę na Woodstocku, a potem zniknąć na zawsze ze sceny, najlepiej przy pomocy dubeltówki?


Co prowadzi nas do jeszcze dwóch rzeczy, które uczynimy przy okazji:

Po pierwsze:

Led Zeppelin – In Through the Out Door [1979] – 2+/10.
(Jedyne, co ratuje tego potwora od jedynki, to w miarę dowcipny Hot Dog, ciekawe 5 sekund riffu z In The Evening i może z 10sekundowy dialog Page-Plant w I'm Gonna Crawl).

A po drugie, w ramach Wielkiego Kombinowania Z Formą Naszego Wspaniałego Blogaska oraz faktu, że posiadamy własne forum, pozwolę sobie założyć na tymże forum eksperymentalny temat, związany z tymże postem. Jeśli kto chce, może sobie tam podyskutować. Jak nikt nie będzie chciał - usuwam temat, a wy wszyscy macie u mnie krechę jak stąd dotąd. 

Oto i, prawda, link:

http://www.faw.fora.pl/kabaragaj,5/kompleks-in-through-the-out-door,73.html#5563

 
* niepotrzebne jest niepotrzebne.
** nie, żeby to była zła płyta. To tylko źli ludzie mówią.
 

0 komentarze:

Prześlij komentarz