sobota, 7 lutego 2009

New Order - Movement [1981]



Zanim New Order stało się New Order

Po nieszczęśliwym wypadku, w którym Ian Curtis doznał trwałego uszczerbku na życiu [czyt. śmierć], gdy potknął się o pranie i nawinął na pentelkę, Joy Division zostało na lodzie. No, może nie koniecznie. Peter Hook wspomina, że po pogrzebie wokalisty chłopaki powiedzieli sobie tylko:"to co, w poniedziałek w studio?" i na tym rozmowy się skończyły. Warto jednak zaznaczyć, że zachowali się po koleżeńsku - zmienili nazwę, a zamiast Curtisa dokoptowali sobie babę, która miała prać gacie w trasie, myć gary i sprzątać butelki, a od czasu do czasu grać na klawiszach i śpiewać.

Sprawa wokalisty nie była nadal jasna. Na początku Peter Hook dzielił ową funkcję z Sumnerem. Niestety, Sumner później zdominował wokale na płytach New Order co może w studiu nie brzmi tragicznie, jednakże koncertowo już tak [polecam chociażby nagranie "Blue Monday" dla radia BBC. Tylko dla odważnych !].
Nie da się ukryć, że trio z Joy Division było w niemałym szoku po śmierci Curtisa [świadczy o tym chociażby fakt nie grania kawałków JD na koncertach przez blisko dwadzieścia lat], ale nie zamierzali zaniechać swojej kariery muzycznej. Raz, że nie mieli co ze sobą zrobić, a dwa - nadal mieli kontrakt z Factory. Poza tym, Wilson w nich wierzył. Potem z kolei New Order utrzymywało Haciendę. Więc Tony zrobił dobrą inwestycję.

Zespół postanowił nie korzystać z Curtisowej spuścizny, poza dwoma kawałkami "In A Lonely Place" i "Ceremony". New Order urodziło się wraz z singlem "Ceremony", które Joy Division grało kilka razy na koncertach. Singiel został ciepło przyjęty, ale mimo wszystko początek drogi Sumnera i spółki był dość ciężki.

Kiedy 13 listopada 1981 roku, ponad rok po śmierci Iana, ukazał się album "Movement" krytycy nie zostawili na nim suchej nitki. Fani również. Od albumu czuć ducha Joy Division. Tak naprawdę można powiedzieć wprost - jest to trzecia płyta Joy Division. Nie trudno znaleźć tutaj ten typowy, duszny, ale zarazem otwarty i przestrzenny styl. To też pewnie wina Martina Hanneta. Dzięki niemu płyta brzmi po trosze jak Unknown Pleasures. Niestety jednak, współpraca pomiędzy NO i Hannetem zakończyła się na tym albumie. Później New Order sam wziął się za produkcję swoich płyt. Początkowo jednak, oskarżono kwartet o odcinanie kuponów z dawnej sławy i żerowanie na śmierci Curtisa.

Na Movement znajdziemy tak na dobrą sprawę Joy Division z pewnymi dodatkami. Kawałki takie jak "ICB" [Ian Curtis Buried], "Truth" czy "The Him" przypominają kolejno "Insight", albumowe "She's Lost Control" [choć więcej w tym elektroniki, typowej tylko dla New Order], oraz przebłyski "Atmosphere".
Niestety, trudno też się oprzeć wrażeniu, że Sumner stara się podrabiać wokal Curtisa. Nie jest jeszcze zbyt pewny, czy śpiewać niskim, chmurnym basem, czy może jednak przejść bardziej na swój głos, który stanie się wizytówką zespołu.
Da się jednak na "Movement" znaleźć utwory typowo New Orderowe, chociażby "Dreams Never End", który generalnie ma dość pogodny wydźwięk i taneczny rytm. Klimatem podpada już pod "Power, Corruption & Lies", na którym kwartet z Manchesteru się rozwinął.
Co do utworu "Senses", który niektórzy nazywają "najbardziej New Orderowym na Movement" to jest to faktycznie piosenka, która raczej nie mogłaby być spotkana w twórczości Joy Division. W "Senses" pierwsze skrzypce bierze gitara, dając nam po trosze funkowej zabawy. A tego w Joy Division nie doświadczymy.

Z drugiej jednak strony, idąc na przekór kiepskim opiniom "Movement" po jej premierze - czy Joy Division nie przekształciło by się samoistnie w New Order ? Już przecież "Atmosphere", ostatni utwór w którym zaśpiewał Ian Curtis, ma klimat dużo bardziej New Orderowy niż post-punkowy z okresu Closer czy Unknown Pleasures. Sam Curtis coraz bardziej spychał typową budowę utworu post-punkowego, gitara-bas-perkusja na dalszy plan, a wyciągał klawisze ["Love Will Tear Us Apart", "Atmosphere", "Decades", "Isolation"]. Niewątpliwie na ocenie albumu zaważyła śmierć Iana, ale myślę, że gdyby Curtis żył - "Movement" wyszło bo i tak.

Na szczęście dla New Order - nie poddali się po debiucie, który nie oszukujmy się - jest próbą walki z legendą Curtisa i jego spuścizną. Już na kolejnej płycie, "Power Corruption & Lies", wytworzyli zupełnie odmienny styl, łącząc zdobywające sławę elementy muzyki new-wave z przestrzennością i energią Joy Division. New Order wkroczyło na nowe tory, może czasem mniej udane ["Republic", "Technique"], ale nagrali "Blue Monday". I niech ich spróbuje ktoś pobić. Ja tylko będę życzył powodzenia.

Ocena: 6/10

0 komentarze:

Prześlij komentarz