środa, 18 lutego 2009

The Prodigy - Invaders Must Die


Któż z nas nie słuchał kiedyś The Prodigy. W latach dziewięćdziesiątych byli niesamowicie modni. Dzisiaj to grupa wręcz kultowa. Zasłużyli sobie na to miano pomysłową muzyką łączącą dyskotekowy kicz z rockową ambicją. The Prodigy byli niesamowicie rozrywkowi, a przy okazji wnieśli parę nowatorskich rozwiązań. W pewnym sensie byli zapowiedzią nowego sposobu tworzenia: muzycznego recyklingu, zestawiania różnych elementów (często wręcz w oczywistych sposób się gryzących). Ich cyberpunkowy image i taneczne walory przyciagały milosników techno, a anarchistyczne, punkowe podejscie podobało się zwolennikom rocka (a i metalowcy nie pogardzili). The Prodigy byli grupą techno dla fanów rocka.

W swoim najlepszym okresie nagrali trzy płyty i można śmiało powiedzieć, że za każdym razem podnosili poprzeczkę. Przy czym co ważne, albumy nie były tłem dla singlii (a te mieli oczywiście znakomite - kto nie zna "Smack My Bitch Up", "Jericho" albo "Voodoo People" nie godzien czytać Kabaragaja ;)) - były po prostu zbiorem hitów. Najnowsze dzieło wraca do tamtych czasów. Nie oszukujmy się, nie odkryli niczego nowego, zafundowali jednak barwną podróż w przeszłość. Słuchając "Invaders Must Die" ciężko uwierzyć, że ta płyta została wydana w 2009 roku - brzmi bardziej jak zaginiony przed laty album o którego istnieniu dowiedzielismy się dopiero teraz. I może dlatego taka z niej radocha. Coś jak wejściówka do wesołego miasteczka ;) 

Otwierający płytę tytułowy kawałek to skrabnica świetnych motywów. The Prodigy wyciagają kolejny asy z rękawów: mocne bity, dyskotekowa melodia, gitarowe rzężenie i industrialne odgłosy. "Invaders Must Die" jest podniecający, wzbudza proste, ale autentyczne emocje. Dodajmy do tego kontrolowany chaos (i swoistą arytmię) i mamy autentyczny hicior, którego słucham wręcz na repaeacie. "Omen", kolejny singiel każe się cofnąć w czasie do przełomu lat osiemdziesiatych i dziewięćdziesiątych, do czasów gdy rave było modne. Bardzo taneczny, klubowy, ale oczywiście przefiltrowany przez anarchistyczne podejście Prodigy (złaszcza hałasliwa końcówka). "Thunder" ma kapiatalny, rockowy wręcz refren przetykany gorączkowymi techno-pasażami. W jednym momencie jest niepojący i głośny, w innym rozpieszcza balladową wręcz (jak na nich) wokalizą. W "Colours" pobrzmiewają echa debiutu i śmieszne brzmienia syntetyzatorów (kojarzące się z grami video). W tym samym duchu jest następny "Take Me To The Hospital". Cyberpunkowy marsz kończy się uliczną rozróbą.  "Warriors Dance" jest zlepiony z oczywistych sprzeczności - kobiecy wokal jak z wiejskiej dyskoteki, a zaraz potem soczysty bas i poteżne bity wgniatające w ziemie. W "Run With The Volves" pojawia się gitara i dość realistycznie brzmiąca perkusja a zarazem hip-hopowe wokale. The Prodigy walczą o uwagę sluchacza i wyciągają kolejne zabawki. "World's On Fire" podąża tą drogą i jest jeszcze bardziej punkowy, agresywny i groźny. Choć oczywiście nie cały czas, zaraz musi pojawic się jakaś melodyjka która rozbroi atmosferę. "Piranha" serwuje najprzyjemniejsze, bujające techno w stylu jungle jakie mogę sobie wyobrazić. No i na koniec "Stand Up" - sympatyczna melodyjka, kojarząca mi się z jakąś paradą (może miłości ;)). Wspaniałe zakończenie tej jakże emocjonującej płyty. Mnóstwo zabawy i radości. jak dla mnie jak na razie najfajniejsza rzecz z tego roku.

I to już wszystko! ocena 6.5/10

10 komentarze:

  1. i odwieczne (przynajmniej dla mnie) pytanie: czy największy wpływ na ocenę muzyki musi mieć zawsze problematyka 'historii' artysty i muzyki w ogóle?

    -looper

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. hehehe dobre pytanie ? :d

    sebek

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  3. 6,5 na 10 i najfajniesza rzecz tego roku? Wiem, że dopiero luty, ale... :D

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  4. heh, ale 6.5 w mojej skali to całkiem sporo ;]

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  5. "czy największy wpływ na ocenę muzyki musi mieć zawsze problematyka 'historii' artysty i muzyki w ogóle?"
    to tak jakby chcieć interpretować utwór literacki nie znając kontekstów, mody w danej epoce i biografii artysty. Muzyka to też jakieś tam odwzorowanie duszy i mody panującej. Warto ją przybliżyć, bo interpretacja muzyki wtedy też jest dużo, dużo łatwiejsza.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  6. ...i dlatego też In Through the Out Door, obiektywnie świetny album na całe 4+, stając się albumem Zeppelina bierze na swoje wątłe barki ciężar odpowiedzialności za ich geniusz i tym samym automatycznie zostaje oceniony na żenujące 2+.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  7. "Muzyka to też jakieś tam odwzorowanie duszy i mody panującej"

    nie wierzę w to. oczywiście można wyróżnić nurty i 'modę' w samej muzyce (od których to zresztą Prodigy zdecydowanie się odcina - strach pomyśleć gdyby zaczęli kalkować powiedzmy takich Chem.Bros...). Idąc tropem utworów literackich - za 100 lat mało kto będzie pamiętał która płyta prodigy była pierwsza:D Poza tym wydaje mnie się że muzyka jest zdecydowanie bardziej niż literatura płynną materią do interpretacji, tym bardziej oceny liczbowej. Choć bez niej nie byłoby tu tej namiastki ciekawej dyskusji;)

    -looper

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  8. "nie wierzę w to. oczywiście można wyróżnić nurty i 'modę' w samej muzyce "
    je się po prostu wyróżnia. są pewne epoki, które lansowały taki, a nie inny styl muzyczny i nie jest to wcale takie trudne do speriodyzowania, dekady po prostu lansowały inną muzykę.

    "za 100 lat mało kto będzie pamiętał która płyta prodigy była pierwsza:D"

    skoro pamięta się jak kompozytor stworzył swój utwór w danym roku, to myślę, że i o Prodigy czy innym zespole się nie zapomni ;) po to się to wszystko kataloguje.

    "Poza tym wydaje mnie się że muzyka jest zdecydowanie bardziej niż literatura płynną materią do interpretacji, tym bardziej oceny liczbowej"

    Oczywiście, na twórczość muzyków składa się kilka czynników - dźwięk, słowa, okładki etc. więc jednoznaczna interpretacja zależy tylko od recenzenta danej płyty, ale na tym też to polega. Muzyka poszerza to co potrafiła stworzyć literatura.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  9. Jeśli mógłbym się trochę potłumaczyć z oceny liczbowej o którą takie boje się toczą - ta płyta nie jest idealna, ma mimo wszystko spore braki. Ale gdyby została wydana 10 lat wcześniej mogłaby być mimo wszystko rewolucyjna - teraz jest tylko sentymentalną podróżą w czasie. Pisząć o płytach, oceniając je, czy czasem zwyczajnie słuchając jestem po części historykiem, dostrzegam pewne zjawiska, nurty. To wszystko jest dla mnie częścią pewnej układanki. Nowe Prodigy do niej nie pasuje, dla mnie traci przez to.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  10. ocena albumu coprawda jest pochlebna, ale jedna rzecz jednak mnie tu razi - kultura elektroniczna jest traktowana po macoszemu. zwroty typu "dyskotekowy kicz" splycaja caly kontekst. rozumiem ze autor jest wyrosl na gitarach a cala reszta to takie cos mniej wartosciowego. prodigy nie wyrosli z dyskotek, tylko z kultury rave, ktora do dyskotek stala w opozycji. kultura techno tak naprawde niewiele ma wspolnego z dyskotekami, co czesto jest mylone. sam termin techno uzywany jest potocznie w sposob niewlasciwy i na sile wpychany wlasnie do dyskoteki.

    OdpowiedzUsuń na zawsze