Joy Division - Closer
Joy Division narodzili się z emocjonalnej pustki jaka cechowała późne lata siedemdziesiąte. Ich utwory to studium młodzieńczego niepokoju, pamiętnik lęków tamtego pokolenia. Surowy, zbudowany głównie na plemiennym niemalże rytmie i basie post punk zabarwiony był gotyckim syntetyzatorem i hałasującą gitarą. Dymiące fabryki, przemysłowe miasto – to można zobaczyć słuchając ich płyt. A nade wszystko zmęczony głos Curtisa. Jego teksty przepełnione były poczuciem beznadziei, wyrażały czystą niemoc i brak kontroli nad życiem czy wręcz samym sobą. Ich autentyczność została niezbicie potwierdzona – koniec końców Ian odebrał sobie życie.
The Cure – Pornography
„Jeśli wszyscy umrzemy, to nie będzie miało znaczenia” – tak zaczyna się
być może najbardziej ponura płyta w historii muzyki. Gotyckie zapędy The Cure osiągnęły apogeum – Robert Smith dosłownie smaży się we własnym piekle. Na „Pornography” nie ma choćby jednego radosnego dźwięku. Tematem jest niemal wyłącznie śmierć. Na szczególną uwagę zasługuje wieńczący płytę utwór tytułowy, wypełniony tajemniczymi odgłosami, powoli narastającym napięciem i motywem zabójstwa pod prysznicem. Mało jest tak sugestywnych rzeczy. Na szczęście Smith nie podzielił losu Curtisa i wkrótce przeszedł na Jasną Stronę Mocy.
Coil – Horse Rotorvator
Lata osiemdziesiąte nie były łatwym okresem dla homoseksualistów choćby z powodu pojawienia się epidemii AIDS. Nic dziwnego, że dla duetu Coil nie był to łatwy okres – ich przyjaciele ginęli jeden za drugim, o swoje życie też mogli się obawiać. Głownym tematem „Horse Rotorvator” jest więc miłość i śmierć, jako zjawiska nierozerwalne i dopełniające się. Fala patologii i zwątpienia wylewa się z gotyckich i industrialnych nut albumu. Bóg jest określany jako sadysta, zabawiający się ludzkim życiem. Do tego rozdzierająca wersja Cohenowskiego „Who By Fire” i pogrzebowy „First Five Minutes After Death”.
Suicide – Suicide
tytuł i okładka mówią za siebie. Suicide byli jednym z najważniejszych grup lat osiemdziesiątych, choć paradoksalnie płyta powstała w ’77. Ale nie to jest teraz ważne. Duet przedstawił ponurą wizję Ameryki – już nie „american dream”, a raczej „american nightmare”. Emocjonalna pustka, alienacja, strach, niepewność jutra, groźba zagłady nuklearnej – wszystko namalowane gorączkowym rytmem rockabilly i lodowatym syntetyzatorem. I „Frankie Teardrop”, złowroga podróż przez osobiste piekło bohatera okraszona prawdopodobnie najbardziej przerażającym krzykiem w historii muzyki. Tego trzeba posłuchać, żeby zrozumieć.Skinny Puppy – Mind: The Perpetual Intercouse
Skinny Puppy poszli podobną drogą co Suicide, tyle że zrobili to około 10 lat później. Lodowata, pokrętna i eksperymentalna elektronika umożliwiła stworzenie wyjątkowo dusznej i mrocznej atmosfery przy której włos się jeży na głowie. Skinny Puppy dokonali egzorcyzmów na społecznych lękach: globalna apokalipsa, religia, ekonomia, dostęp do broni, narkotyki i wojna. Każdy temat został przedstawiony bardzo osobiście i z punktu widzenia osoby nie do końca zdrowej psychicznie. Ważne było dźwiękowe tło, sample z różnych źródeł (od filmów porno, poprzez horrory, na króliku Bugsie skończywszy) i piękne, smutne gotyckie melodie.
Niezwykle smutna to płyta. Nie jest złowieszcza, raczej kontempluje smutek
i depresje jako taką. Dość długie, spokojnie rozwijające się akustyczne utwory wywołują emocjonalne cierpienie. Czysty głos Kozelka nazywa po imieniu młodzieńcze lęki, jest powiernikiem złamanych serc, idolem samotników i tych, którym nie udało się w życiu. Sam fakt, że cierpienie bywa piękne zdaje się usprawiedliwiać to, że słuchanie tej płyty daje dziwne uczucie ukojenia.
Lisa Germano – Geek The Girl
No i wreszcie kobieta. Są one generalnie wrażliwsze, a przynajmniej wrażliwe nieco inaczej. „Geek The Girl” rozprawia się z damskimi demonami i lękami. Kobiety odrzucane, samotne i napastowane. Te którym nie jest łatwo w życiu mogą zobaczyć siebie w tekstach. A muzycznie – zwykle przejmująco i pięknie. Czasami jest głośno i rockowo. Innym razem do głosu dochodzą skrzypce. Lekko rozstrojone wywołują uczucie ściskania w gardle.
Maurizio Bianchi – Symphony For The Genocide
tragedii jaka był holokaust. „Symphony For The Genocide” jest pomnikiem wystawionym milionom ofiar – duża odpowiedzialność spoczęła na twórcy nagrania. W kilku utworach, z których każdy poświęcony jest jednemu obozowi można usłyszeć strach i obojętność. Powtarzane do znudzenia krótkie elektroniczne motywy dokumentują mozolną i wyniszczającą pracę, a dźwiękowy hałas przedstawia obraz zagłady, brudu i gryzący zapach śmierci. Wstrząsające.Jeśli po przesłuchaniu którejkolwiek z tych pozycji będziecie żałować, pamiętajcie – ostrzegałem! ;)



A gdzie jest "The Dark Side OF The Moon"? Muzyka może dobijająca nie jest, ale tekst jak najbardziej.
OdpowiedzUsuń na zawszeNie ma też Nico i Nine Inch Nails. Wszystkiego nie da się wypisać, to po prostu przykładowe 8 płyt o których chciałem napisać.
OdpowiedzUsuń na zawszeA co ma do rzeczy DSOTM? to raczej refleksyjny album, niźli depresyjny. Trzy albumy z tej listy i u mnie by się pojawiły, to pewne na bank.
OdpowiedzUsuń na zawszeJedno nie wyklucza drugiego :) Ale chodzi mi o temat albumu, jest to w końcu śmierć, szaleństwo, wojna - nic optymistycznego.
OdpowiedzUsuń na zawszeJeśli chodzi o The Cure, zawsze bardziej mi podchodziło Disintegration niż Pornography - obie płyty przygnębiają, każda na inny sposób, ale jednak wolę smutek, samotność i niezrozumienie od mroku i śmierci.
OdpowiedzUsuń na zawszeRobert to chory, zły człowiek, nie wiem jakim cudem pozwolono mu chodzić na wolności. ;)
A co do Ciemnej Strony, to ja się pod smithowym komentarzem całkowicie podpisuję. Mnie na przykład DSOTM podnosi na duchu, a nie dołuje.
eee, bryndza koszerna. nie ma wijlen wij.
OdpowiedzUsuń na zawszetrochę bym się nie zgodził, np. takie Mind:TPI podmieniając na Last Rights, ale to pewnie za późno powstało;)
OdpowiedzUsuń na zawszeFenomenu "closer" nie rozumiem jak na razie. Dla mnie debiut o wiele lepszy...
Co do Skinny Puppy wolę akurat Mind, bardziej zróżnicowane chciażby, choć obie wymienione są moimi faworytami w ich dorobku. "Closer" smutniejsza od debiutu, a czy lepsza? Dla mnie chyba na równi, nie jestem na razie zdecydowany.
OdpowiedzUsuń na zawsze