
Już za kilka tygodni ukaże się nowy album Pet Shop Boys, dlatego też, tworząc dlań przedpole, przypomnieć należałoby poprzednie fonograficzne dokonanie londyńczyków, czyli płytę „Fundamental” z 2006 roku. Recenzent „Gazety Wyborczej” raczył wówczas określić ją mianem inteligentnego popu dla czterdziestolatków. Jakkolwiek takie stwierdzenie może być odebrane jako wysoce obelżywe, w tym przypadku miało wydźwięk raczej pozytywny i wskazywało przede wszystkim na mocno wyciszony charakter płyty, predestynujący ją raczej na afterparty niż na rozgrzany do czerwoności parkiet. Zwolennicy dyskotekowych łamańców nie znajdą na „Fundamental” zbyt wiele dla siebie. Tennant i Lowe kontynuują tu raczej drogę obraną na „Release”, stają się coraz bardziej melancholijni, refleksyjni i jakby dojrzali, cokolwiek ostatnie z tych słów miałoby znaczyć w odniesieniu do gwiazd muzyki pop. Oczywiście takie podejście koresponduje z częścią ich wcześniejszej twórczości. Wszak, duet ów nigdy nie był – wbrew stereotypowi utożsamiającym go tylko z pogodnym i kiczowatym banałem „Go West” czy „Always On My Mind” (trzeba pamiętać, że oba te utwory, to mocno pastiszowe covery) – jakimś strasznie radosnym zespołem. Nawet dyskotekowe rytmy przyprawiali nierzadko obfitą szczyptą ironii i nostalgii. Na ostatniej płycie dodatkowo zatopili je (czy wręcz utopili) w ciepłym, kleistym orkiestrowym brzmieniu. Nie oznacza to jednak, że stworzyli jedynie uroczą pozytywkę dla spokojnego relaksu przy angielskiej herbatce i szacownym, konserwatywnym dzienniku. To mocno polityczny album, gdzie prócz syntezatorów znalazło się również miejsce dla Blaira, Busha, imigrantów i terrorystów. Jeśli ktoś jest zaskoczony, najwyraźniej jest skrzywdzoną ofiarą kolejnego bezsensownego stereotypu, wedle którego Chłopcy nie potrafią tworzyć tekstów serio a jedynie wezwania do podążania na różowy Zachód. E, pisałem już, że "Go West" to cover?
Otwierający album utwór „Psychological” niewątpliwie posiada bardzo wyrazisty i frapujący rytm, od razu czuć jednak, że z tańców nic tym razem nie będzie i to nie tylko z powodu wolnego tempa. Zbyt niepokojący jest ten dziwaczny, jakby wybiegający przed samego siebie motyw przewodni i przenikające go klawisze oraz inne odgłosy. Sytuacja zmienia się nieco dopiero przy numerze 4, przy „Minimal”, gdyż choć „Sodoma And Gomorah Show” to piosenka o fajnej, przyjemnej dynamice, gatunkowo wpada do zupełnie innego worka niż disco czy taneczny synth-pop. Prócz tych dwóch wyjątków przebywamy w krainie orkiestrowych teł, dostojnych plam dźwiękowych, z których wyróżnić „I Made My Excuses And Left”, w którym, jak głosi wieść gminna, Tennant próbował wejść w skórę Cynthii Lennon nakrywającej swego męża na czułych słówkach z pewną starą japońską wiedźmą.
Pet Shop Boys zawsze słynęli z umiejętności pisania genialnych melodii, by przypomnieć chociażby eteryczne „Being Boring”, podniosłe „Jealousy” czy klimatyczne „King’s Cross”. Tu również pod tym względem nie zawodzą. Absolutną perełką jest „Casanova In Hell”, ironiczno-melancholijna dekonstrukcja erotycznego mitu wielkiego uwodziciela. Piosenka jednocześnie podniosła i delikatna, pełna uroku i stuprocentowo gejowska. Pod podobne kategorie podpada również „Indefinite Leave To Remain”, trochę bardziej banalne i sztampowe pod względem muzycznym, natomiast obdarzone interesującym tekstem, który można rozumieć jednocześnie jako opowieść o miłości i (już choćby z uwagi na tytuł) rozchwianej i niepewnej kondycji nielegalnych imigrantów. Seeing you here/ You're my nation/ This is my application. Kapitalny zabieg.
Ten spokojny, kojący album posiada fantastyczny kontrapunkt w postaci ostatniego utworu. „Integral” jest czymś, co określiłbym mianem progresywnego disco. Pięć minut idealnie wymierzonego i wyważonego szaleństwa w stylistyce mrocznego parkietu. Owinięty niemalże orkiestrowymi partiami syntezatorów rytm wręcz wymusza drgająco-pływające ruchy, nie ma w tym jednak nic z banalnego i beztroskiego wygłupu. „Integral” to numer śmiertelnie serio nie tylko z uwagi na chirurgiczną precyzję każdego dźwięku, ale również dzięki zjadliwemu tekstowi, który w orwellowskiej stylistyce piętnuje zapędy brytyjskiej klasy politycznej do zwiększenia kontroli nad życiem zwykłych obywateli. You had your chance/Now we’ve got the mandate/If you’ve changed your mind/I’m afraid it’s too late. Zimny, odhumiazowany głos Neila tylko potwierdza, że zamiast na dyskotece znaleźliśmy się w politycznej matni. Gdyby szukać gdzieś analogii dla takiego zestawienia muzyki i tekstu, można przypomnieć chociażby perwersyjnie boysbandowy refren „B.Y.O.B” System Of A Down. Jak na Pet Shop Boys ten utwór naprawdę posiada pazur. Nieważne, że syntetyczny.
Po 20 latach od debiutu Tennant i Lowe wciąż w naprawdę dobrej formie. Jakkolwiek nie wszystkie utwory są zupełnie udane, a jeden – „Twentieth Century” jest po prostu nijaki i kiepski, to album jako całość broni się doskonale. To spójne, konsekwentnie przemyślane i zrealizowane dzieło. Świetna rzecz, która pozwala z optymizmem czekać na nadchodzące wielkimi krokami „Yes”.
Ocena: 8/10



"To mocno polityczny album, gdzie prócz syntezatorów znalazło się również miejsce dla Blaira, Busha, imigrantów i terrorystów. Jeśli ktoś jest zaskoczony, najwyraźniej jest skrzywdzoną ofiarą kolejnego bezsensownego stereotypu, wedle którego Chłopcy nie potrafią tworzyć dobrych tekstów." - *rozkręca komentarze* E? Z tego wynika, że teksty są dobre przez to, iż są o Blairu, Bushu, terrorystach i imigrantach. Jak dla mnie, jeżeli już z tematyki ma wynikać jakość, świadczy to raczej o ich beznadziejności (choćbym nie lubił, bo nie lubię, ani Blaira, ani Busha, ani terrorystów, ani imigrantów).
OdpowiedzUsuń na zawszeGro, któremu nie chce się logować.
No dobrzeeeeee, skrót myślowy. Poprawię, żeby było jasne, no
OdpowiedzUsuń na zawsze