Jakiś miesiąc temu, kiedy na dobre wgryzałem się w tę (Never Turn Your Back on a Friend) płytę podczas podróży pociągiem relacji Częstochowa-Sosnowiec, ułożyłem sobie w głowie recenzję. Była to zgrabna recenzja, miała jednakże pewien istotny mankament w postaci błędnego Głównego Założenia, które zaś było takie, że oto wreszcie mamy poważny zespół hardrockowy z kobietą na wokalu. W moim chorym umyśle zaczęły kształtować się porównania z Grace Slick z Jefferson Airplane, w pewnym miejscu usłyszałem nawet duet wokalny (*), słowem: szaleństwo.
No niestety. Google po powrocie powiedziały, że wokalistka nazywa się Burke i jest mężczyzną.
Wielka Teoria Lesbijskiego Hard Rocka upadła.
Powinienem teraz napisać, że Budgie to taki fenomen, że lubią ich w Walii, w Anglii ktoś tam o nich podobno słyszał, w Stanach mają czterech fanów, a w Polsce są kultowi i nikt nie wie, jak to się stało (**). To i napisałem. Dodam jeszcze, że w roku bieżącym zespół dał bodaj dwanaście koncertów, z czego jedenaście u nas. Toteż sami rozumiecie, lubienie Budgie to patriotyczny obowiązek. Nie zapomnijcie ułożyć wielkiej flagi.
Przejdźmy jednak do rzeczy ważniejszych: atuty grupy.
Pierwszym, znanym już nam skądinąd (wstęp), jest wokalista o nietypowym głosie. Do zaakceptowania jego, nazwijmy to, umiejętności wokalnych wiedzie droga przez trzy odsłuchania albumu. Większy problem jest z jego aparycją, dlatego sugeruję osobom wrażliwym nieoglądanie zdjęć, które z całą brutalnością ujawniają, że pan Burke czas między nagrywaniem albumów i koncertowaniem umilał sobie chodzeniem do szkoły, w której koledzy z klasy bili go drewnianą ekierką i tłukli mu okulary na parapecie w kiblu. Powiedzmy dyplomatycznie, że widzieliście bardziej rock’n’rollowe postacie.
Drugim jest bas. Odpowiada za niego ten sam pan, co za wokal. I o ile jako wokalista wzbudza mieszane uczucia, o tyle jako instrumentalista sprawdza się znakomicie. Linie basu są wyraziste, wybijające się i naprawdę interesujące. Sam łapię się na tym, że częściej wsłuchuję się w nie, niż w partie gitary. Która również jest warta uwagi, o czym za chwilę.
A właściwie już.
Atut trzeci, czyli gitara. W „Baby Please Don’t Go” wywołuje przyjemne skojarzenia z DVD Led Zeppelin, częścią z Royal Albert Hall, by być precyzyjnym. W „Parents” pozornie leniwe, przejmujące zagrywki brzmią jak wyjęte z „Phoenixa” Wishbone Ash. Riffy są niesamowicie chwytliwe, niezależnie od tego czy pędzą na złamianie karku, jak w „Breadfan”, czy majestatycznie suną, jak w „You’re The Biggest Thing Since Powdered Milk” (***). Melodie akustyczne też dają radę i słucha się tego z przyjemnością.
Wady Never Turn Your Back on a Friend?
Jedna niewybaczalna. Perkusyjny wstęp do “You’re The…”. Perkusista ewidentnie poczuł się skrzywdzony, że poprzednia piosenka była całkowicie akustyczna i nie mógł sobie pobębnić, dlatego postanowił wysmażyć Najbardziej Gówniarskie Perkusyjne Solo W Historii Muzyki. Które rozwala, nawiasem mówiąc, nie tylko świetną piosenkę, ale i właściwie całą płytę (bo wypada toto mniej więcej w połowie albumu).
Jedna drobna. Obrobinę zbyt ogniskowe i z odrobinę przydługim refrenem (niezły wyczyn, jak na dwuipółminutowy kawałek) „Riding My Nightmare”. Da się to polubić, czepiam się.
Reasumując, przestańcie słuchać Breadfan w wersji Metalliki, która nie ma jaj (Metallica czy wersja?) i zapoznajcie się z pierwowzorem, by potem, tak jak Ass, umieścić tę płytę w swoim top 10. Byłbym zapomniał, bez skrupułów mogę wystawić mocne 9 i tym samym jeszcze bardziej wywindować średnią moich ocen.
[A wszystko to z dedykacją dla Siły Dopingującej Assa Do Roboty.]
A, jeszcze: słuchać w słuchawkach.
(*) W „You’re the Biggest Thing”, myślałem, że część od „What kind of a woman” śpiewa kto inny. Tym razem facet. Sami rozumiecie, nie od dziś król jest nagi, a Ass głóhy.
(**) Prywatnie podejrzewałbym Kaczkowskiego.
(***) Tak, tytuły piosenek to jedna z ich wad. Zaraz po nierokendrolowym wokaliście, ohydnych okładkach płyt i po tym, że nabrali mnie z tą wokalistką.




Hah.
OdpowiedzUsuń na zawszeA "Riding My Nightmare” ma refren w sam raz ;]
"(**) Prywatnie podejrzewałbym Kaczkowskiego"
Właśnie przejrzałam parę artykułów i rzeczywiście jest odpowiedzialny za rozpowszechnienie zespołu Budgie w Polsce.
"Najbardziej Gówniarskie Perkusyjne Solo W Historii Muzyki"
Zaczęłam to przewijać :D
"Powiedzmy dyplomatycznie, że widzieliście bardziej rock’n’rollowe postacie"
On jest kochany.
Dobra. Panie Marcinie :*
najbardziej gówniane solo a i tak album jest w twoim top? to dziwne.
OdpowiedzUsuń na zawszeJeżu, Ass. Jajko Ci kazała pisać o Budgie, czy jak?
OdpowiedzUsuń na zawsze"najbardziej gówniane solo a i tak album jest w twoim top? to dziwne."
OdpowiedzUsuń na zawszeWszak piszę, że to właściwie jedyny zgrzyt. Nie ma płyty idealnej.
"Jeżu, Ass. Jajko Ci kazała pisać o Budgie, czy jak?"
Ja byłem pierwszy z Budgie. O jakiś tydzień, ale mimo wszystko.
...tak, masz rację. Trochę tak jakby kazała.
Niedawno kupiłem ten album przede wszystkim dla 'Parents' - naprawdę piękna ballada z przejmującym tekstem. Nie powiem... też myślałem, że to babka śpiewa. Zresztą jak popatrzyłem na zdjęcia to tylko utwierdziłem się w tym przekonaniu. Tak czy siak - polecam.
OdpowiedzUsuń na zawszeAha! A bas jest naprawdę dobry :D
OdpowiedzUsuń na zawszeEj, nawet ja wiedziałem, że to facet.
OdpowiedzUsuń na zawszeJezus kater, i nawet nie mogę cię zniszczyć, mówiąc że nie masz dziewczyny, więc gówno masz tu do gadania. *sniff*
OdpowiedzUsuń na zawszeInternet umiera.
A co do "Parents" - kto by tam tekstu słuchał, ciekawsze rzeczy się dzieją.
Nie, zaraz, czekaj:
OdpowiedzUsuń na zawszeKater, ty nie wymawiasz "r", więc gówno masz tu do gadania i twoje zdanie się nie liczy.
(uratował sytuację)
A ty WCHODZISZ NA FAW JAKO GOŚĆ.
OdpowiedzUsuń na zawszeniemoge.
OdpowiedzUsuń na zawsze1:0 dla katera
A, ten... Ass, dzięki za przyznanie racji :*
OdpowiedzUsuń na zawszeAż obczaiłem Breadfan. I to jest cholera DOBRE.
OdpowiedzUsuń na zawszeJa dzisiaj kupiłem ten album na kasecie. Do samochodu.
OdpowiedzUsuń na zawszeZa całe 3 złote.
To Kaczkowski jest sprawcą ich popularności w naszym kraju - jak najbardziej.
OdpowiedzUsuń na zawszeKiedy chłopcy z Budgie przyjechali bodajże w 1980 roku żeby zagrać na Torwarze (byłem!) to byli straszliwie zdziwieni i wielkością samej sali i ilością ludzi, którzy przyszli na koncert. Wcześniej grali tylko w klubach lub małych salkach najwyżej dla kilkuset osób.
Ja bym polecał wszystkie ich płyty aż do albumu "Impeckable" bo to naprawdę fajna muzyka. Potem było odrobinę gorzej, choć też zdarzały się czasem "momenty".
_______________
P.S. A okładki wcale nie są takie złe! Robił je dla nich sam Roger Dean, twórca wszystkich słynnych okładek YES.
Witam i pozdrawiam z Malborka
OdpowiedzUsuń na zawsze