poniedziałek, 10 sierpnia 2009

I znowu będzie o bluesie.

 


 
W bluesie zasadniczo to jest tak, że kilku zbieraczy bawełny napisało kiedyś kilka piosenek, o tym, że ciężko, że kobieta nie kocha, bije i się puszcza; że słońce za mocno świeci, a whisky rozcieńczają za dużą ilością wody; że to wszystko jest tak nie do zniesienia, że ohmylordsweetjesus; że czas podążać za starą dobrą tradycją, spakować bety i ruszyć do Kalifornii, bo tam pieniądze leżą na ulicach. I nawet podobno ktoś je widział.
Potem ci, którzy napisali te piosenki, umarli i pałeczkę przejęło nowe pokolenie, które nagrało wspomniane piosenki jeszcze raz, ale już z jakby mniejszym przekonaniem. Potem zaczął się bluesowy lans i wszystkie poważne zespoły grały bluesowe szlagiery w swoich wersjach, że już nie będę wytykał teraz palcem i krzyczał: „Led Zeppelin!”.
Nie muszę chyba dodawać, że szlagiery od stu lat pozostały te same?

 
Historia bluesa to jedno wielkie pasmo coverów. Na ogół nijakich lub mało odkrywczych, bądźmy tu szczerzy. Z tego wszystkiego wyłania się kilku utalentowanych białych muzyków, którzy potrafią (bądź potrafili – tu warto wspomnieć chociażby niepoprawnego szpanera Stevego Raya Vaughana) zagrać dobrą solówkę i z dwuminutowego utworku o niespełnionej miłości umieją uczynić półgodzinny koncert gitarowy. Co jest przyjemne, ale jednak szybko się nudzi, nawet pomimo tytanicznych wysiłków Erica Claptona, który co roku poddaje recyclingowi kolejnego starego Murzyna i jego przemyślenia na temat kobiety, która nie kocha, bije i się puszcza.
 
I po tym przydługim wstępie przechodzimy do Hoochie Coochie Men.
Ich trzypłytową koncertówkę kupiłem w ciemno, nie znając ani jednego kawałka – skusiła mnie setlista (same standardy, które lubimy), klimaciarska okładka, stylowa bluesowa nazwa i nazwisko Jona Lorda na okładce. I tu zaczyna się najlepsze.
Są to covery, tak. W końcu to blues. Różnica polega jednak na tym, że są to utwory przearanżowane tak, by zrobić miejsce organom. Wnosi to dużo świeżego powietrza w te biedne piosenki, maltretowane na to samo kopyto od czasem nawet 80 lat i sprawia wrażenie, jakby słuchało się czegoś zupełnie nowego – a jednocześnie działa tu stara zasada „znam i lubię”. Nie będę oszukiwać – gitarzysta jako solista jest cienki i jeśli czasem zagra solówkę, to tylko z grzeczności względem oryginalnej wersji, a i to bez przekonania. Basista nie wyróżnia się jakoś szczególnie, aczkolwiek nie można mu nic zarzucić. Pan od harmonijki jest bezbłędny i każdego poranka zazdroszczę mu wyczucia chwili. Lord zaś jest fenomenalny, zjawiskowy, natchniony, zachwycający, klimatyczny, eklektyczny, stary i wyciskający dech z piersi. (*) Kiedy czasem uderza brzmieniem zarezerwowanym normalnie dla jego macierzystej formacji, wielkie, spasione ciary wędrują wzdłuż kręgosłupa. Niechaj dana będzie próbka:
 

 
Chłopakom też się ten koncert spodobał, bo nagrali potem płytę studyjną. Z gościnnym udziałem niejakiego Iana Gillana (śpiewa tam lepiej, niż na polskim koncercie Deep Purple we Wrocławiu, słowo). Z rozmachu skowerowali nawet stonesowe Heart of Stone, dodając mu całkiem miłego pazura. I muszę przyznać, że nieźle im ta płyta wyszła – autorskie kompozycje dają radę, organy znowu z przodu, gitarzysta musiał kupić kilka DVD z nauką gry, bo potrafi już mnie miło zaskoczyć, wokal zadziorny (i to nie tylko tam, gdzie śpiewa Gillan). Jest parę mniej udanych kawałków, jasne, aczkolwiek wrażenia jak najbardziej pozytywne.
Serio, posłuchajcie se.
 
 
 

(*) Tu ciekawostka, dotycząca sformowania zespołu. Lord miał zagrać w Australii koncert w ramach jakichś wariacji na temat muzyki klasycznej, niestety – uszkodził sobie palec. Nie chciał jednak zawieść słuchaczy, więc pomyślał (zupełnie słusznie): „w takim razie pogram trochę bluesowych kawałków, wszyscy to lubią, a poza tym co to za filozofia właściwie? Zrobię to, grając tylko moim uszkodzonym palcem, a drugą ręką jednocześnie rozwalę ostatni level w Zumie”. I jak pomyślał, tak uczynił – zebrał kilku znajomych z podrzędnego australijskiego bluesowego coverbandu i zrobił z nich muzyków w jeden wieczór (poza gitarzystą, fakt).
Dowodząc przy okazji, że bluesa można grać nawet bez ręki. Ostatniego levelu w Zumie jednak nie przeszedł, bo okazało się, że nikt tego nie umie zrobić.



2 komentarze:

  1. Teraz, kater, nie masz wyjścia i musisz narysować jakiś komiks.
    *śmiech szaleńca*

    OdpowiedzUsuń na zawsze