"W styczniu 1975 roku miałem wypadek samochodowy. Nie byłem ciężko ranny, ale musiałem leżeć w łóżku na wznak i byłem unieruchomiony. Moja przyjaciółka, Judy Nylon, odwiedziła mnie wtedy i przyniosła płytę z XVIII-wieczną muzyką na harfę. Kiedy już wyszła, z wielkim trudem nastawiłem płytę i położyłem się z powrotem. Okazało się, że wzmacniacz nastawiony był na minimalną głośność i jeden kanał był kompletnie głuchy. Ponieważ nie miałem siły, by się podnieść i wyregulować głośność, dźwięki dochodzące z głośnika były na granicy słyszalności. Wtedy zdałem sobie sprawę, iż można słuchać muzyki w zupełnie inny sposób: traktować ją jako element otoczenia, w ten sam sposób, co kolor światła i dźwięk deszczu" - Brian Eno
Witam Was wszystkich, Drodzy Czytelnicy, wytrwale poszukujacy na Kabaragaju kolejnych notek, których mimo upływu czasu nie przybywało. Kolega Ass, który - jak oficjalnie ogłosił - rzucił internet, uraczył Was paroma reckami z pogranicza bluesa i gej-rocka, czy co to tam było. Ja Wam opowiem o czymś z nieco innej półki. Bedzie klasyka: Brian Eno i jego "Muzyka dla Lotnisk".
Generalnie za twórcę muzyki ambient uważa się Eno własnie, choc podwaliny pod gatunek podłozyli zarówno Erik Satie, jak i Popol Vuh czy Klaus Schulze. Oraz może najbardziej Walter Carlos ("Sonic Seasonings" oparta na rozlazłych elektronicznych kompozycjach z dźwiękami natury w tle). W pełni ideę rozwinął jednak własnie Eno, nazwał rzeczy po imieniu i chwała mu za to.
Ambient w założeniu miał byc "muzyką tła", czyli czymś co nie angażuje emocjonalnie ani intelektualnie, a zarazem wprowadza w konkretny nastrój. Jest to muzyka "klimatyczna", spotyka sie też pojęcie "relaksacyjna" (te wszystkie tanie płyty z hipermarketów może nie brzmia tak samo, ale raczej mają podobna role do spełnienia). Żeby taki szczytny cel osiagnąć pozbyć się trzeba rytmu i melodii, albo przynajmniej zachować w tych kwestiach umiar. Nie chodzi bynajmniej o to by słuchacz usnął. Znowu posłużę się mądrym cytatem, tym razem z wkładki do "Music for Airports" (a co, niech autor powie sam, co miał na mysli), wybacznie moje kulawe tłumaczenie:
"muzyka Ambient musi być zdolna pomieścić wiele poziomów uwagi sluchacza bez wyszczególniania żadnego z osobna; musi być zarówno łatwa do zignorowania jak interesujaca"
Jest jeszcze jedna ważna i ciekawa anegdota, którą warto w tym miejsci przytoczyć. Dotyczy ona konkretnych intencji powstania albumu. No cóż, nie popiszę sie i tym razem zdolnosciami pisarskimi (a może ich po prostu nie mam i tak się sprytnie zaslaniam). Znowu pozwolę Brianowi powiedzieć samemu, co też mu się przytrafiło:
"Pomysł pojawił się, gdy byłem na pięknym lotnisku w Kolonii, które jest naprawdę wspaniałym budynkiem. Pewnego niedzielnego poranka to miejsce było pięknie oświetlone, wszystko było piękne. Z wyjątkiem odtwarzanej muzyki, która była okropna. Wtedy przyszło mi do głowy, że coś tu jest nie tak, skoro ludzie zupełnie nie myślą o muzyce w takich sytuacjach. Wydaje się miliony funtów na architekturę, właściwie na wszystko, ale z wyjątkiem muzyki. Muzyka sprowadza się do tego, że ktoś przynosi taśmę ze swoimi ulubionymi kawałkami z tygodnia, puszcza ją, a całe lotnisko jest wypełnione tym dźwiękiem. Wtedy to pomyślałem, że pisanie muzyki dla przestrzeni publicznych mogłoby być interesujące. [...]
Uważałem wtedy, że wszystko, co związane z lataniem jest jakąś formą oszustwa. Kiedy wchodzisz na lotnisko lub do samolotu zawsze usłyszysz jakieś radosne melodie. Jakby chciano ci powiedzieć: nie zginiesz, nie będzie żadnej katastrofy, nie masz się czym przejmować. Pomyślałem, że to kompletnie złe podejście. Pomyślałem, że znacznie lepiej byłoby słyszeć muzykę, która mówi: cóż, jeśli nawet zginiesz, to nie ma to aż takiego znaczenia. [...] Zamiast trywializować całą sprawę, chciałem podejść do tego poważnie. [...]"
Tyle czytania, a dalej nie wiadomo, co jest na tej płycie, prawda? Otóż może niektórych rozczaruję: nie dzieje sie niemal nic. Ale to "nic" jest błogosławieństwem. Ta płyta jest masakrycznie minmalistyczna. nie tak minimalistyczna jak dajmy na to Steve Reich (ktory mógł przez godzinę powtarzać tę sama melodię, ale za każdym razem inaczej i bogato ją aranżując). Eno rzuca na tacę zalediwe kilka dźwięków. Po kolei: "1/1" - pianino (autostwa Roberta Wyatta ;) ) i syntetyzator. Spokojna, delikatna muzyka z ciepła melodią. Mimo, że dzisiaj pogoda nie dopisywała, gdy słuchałem tych dźwięków przed oczami miałem słoneczny dzień. "2/1" - tylko głos, jakieś westchnięcia, może baardzo ascetyczna forma chóru. "1/2" - łączy oba poprzrednie kawałki (głos + pianino). Bardzo smutna melodia wprowadza w stan melancholii i refleksji. "2/2" - tylko syntetyzator, nieco podniosła melodia (może nawet fanfary, ale w bardzo delikatnym wydaniu). Wszystko.
To bardzo naturalna muzyka. Nic jej nie spieszy. Niczym nie jest ograniczona. W swoich czasach musiała być zaiste oksymoronem. W czasach rewulucji punk i industrial, w tym przemysłowym świecie odsyła do natury. Daje ukojenie zmęczonym nerwom. Pozwala odkryć prawdziwe piękno - nie to narzucające się, tylko zwykłe, codzienne. Uczy zachwytu nad drobiazgami. Pobudza do refleksji. Stawia pytania na temat sensu życia. Wreszcie zwyczajnie wprowadza w dobry nastrój i umila czas. Bardzo dużo jak na jedna płytę, nieprawdaż?
czwartek, 1 października 2009
Brian Eno "Music for Airports"
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)




Och.
OdpowiedzUsuń na zawszeŁini uwielbia przy tej płycie zasypiać.
I uczyć się matematyki.
Uwielbiam płytę Briana Eno - dźwięki do Windowsa.
OdpowiedzUsuń na zawsze